Apple to firma, która ma swoich zwolenników, ale ma także przeciwników. Wbrew pozorom, nie jest ich tak mało. Duża część to oczywiście marudy i hejterzy, których nie stać na ten sprzęt, mają w kieszenie jakiś „nołnejmowy” produkt i jadą po wszystkim dla faktu podniesienia sobie ego. Istnieją też tacy użytkownicy, którzy testowali sprzęt Cooka, znają go i mają listę funkcjonalności, które doprowadzają ich do szewskiej pasji. Jedną z nich na pewno będzie ładowanie urządzeń z Cupertino, które nie od dziś sprawia problem, Przecież wyprodukowanie ładowarki ze specjalnym wejściem za ciężkie pieniądze to bardzo dochodowy manewr.

Firma Cupertino słynie z tego, że ma własny ekosystem. Swoje systemy operacyjne, swój sprzęt i nawet swoje, specjalistyczne ładowarki. Wszystko w imię „lepszego dobra”. Prawda jest jednak taka, że to „lepsze dobro” kończy się zawsze grubo wydaną kasą ze strony użytkownika. Wszystko dlatego, że gadżety dedykowane dla nadgryzionego jabłka są unikatowe i ich cena pozostawia wiele do życzenia. Weźmy pod uwagę choćby przewód Lightning. Nie dość, że obsłużymy go tylko za pomocą sprzętu firmy Tima Cooka, to jeszcze kosztuje jak za 24k złoto. Najgorsze jak zgubisz taki kabel albo zapomnisz ze sobą zabrać — nikt ci nawet nie pożyczy, bo większość ludzi nie używa tego sprzętu. I jest klops.

Unia Europejska postanowiła wziąć się za Apple i wprowadzić standaryzacje ładowania.

Kiedyś ktoś opowiedział bajkę o tym, że jednym kablem można naładować wszystkie urządzenia. Ze względu na taki firmy jak Cupertino, wydawało się to opowieścią rodem z Disneya. Może się jednak okazać, że niedługo takie marzenie stanie się rzeczywistością. Muszę przyznać, że mam sprzęt Apple w domu i jak zapomnę swojej ładowarki, jadąc na wakacje, to mam ochotę rzucać łaciną podwórkową. Z natury biegnę wtedy do sklepu i za gruby hajs kupuje nowy kabel. Zebrało się ich już trochę w domu. Co prawda, gigant Tima Cooka zrobił już krok w stronę standaryzacji i wprowadził w swoich urządzeniach ładowanie bezprzewodowe, które zgodne jest ze standardem Qi.

Apple iPhone ładowarka

Nareszcie nie trzeba będzie przejmować się dodatkowymi kablami w Apple.

Oczywiście, jak można było się spodziewać, nie bardzo im się to spodobało. Uważają taki pomysł za niesamowicie szkodliwy. Oczywiście, niekomfortowe może być zabranie firmie źródła dochodu. Według firmy z Cupertino takie zasady są szkodliwe dla innowacji i rozwoju. Brzmi to, co najmniej komicznie. Zasłanianie się pewnym novum tylko po co, aby utrzymać źródło dochodu, jest wręcz rażące. Zwłaszcza że firma pod kierownictwem Cooka z innowacją ma już od dawna mało wspólnego. Co więcej, wypowiadanie się w kwestii innowacji w odniesieniu do kabla do ładowania jest… śmieszne.

Apple ma swoje obawy, ale może się okazać, że istnieje bardziej poważny problem.

Na tę chwilę bardzo zasadne jest, aby standardem kabli do ładowania było złącze USB-C. Prawda jest taka, że zapewne nie będzie ono już tak pożądane za kilka lat. I co wtedy? Wiadomo, że pojawią się pierwsi producenci, którzy chcieliby ruszyć naprzód i skorzystać z czegoś innego. Co wtedy? Praca nad kolejną funkcjonalnością czy złamanie zasad standaryzacji? Która firma dostanie pozwolenie nad wymyślaniem standardów, a którym się tego zabroni? Może to ograniczyć niektórych graczy na rynku. Możliwe jest też, że standardem stanie się ładowanie indukcyjne. Takowe ma wielu przeciwników, mimo że jest wygodne i szybkie.

Może Apple to nie pasuje, ale Unia Europejska walczy o ustandaryzowanie portów ładowania ostatnich dziesięć lat. 

Wcale mnie to nie dziwi. Pamiętam czasy, kiedy dekadę temu na rynku było ponad trzydzieści typów ładowarek. To była jakaś tragedia! Nie szło funkcjonować. Noszenie kabli naprawdę jest niewygodne. Osobny kabel do iPhone, osobny do laptopa, osobny do czytnika e-book, a jeszcze na dodatek USB-C i coś do ładowania smartwatcha. Prędzej czy później coś zostawisz, zgubisz lub zepsujesz. W tej kwestii jestem jak najbardziej za standardami. Jeżeli chodzi o innowacyjne projekty — zawsze można je zgłaszać wyżej i wybierać, co jest najlepsze.

PJ
Przemek jest mózgiem operacyjnym SpeedTest.pl. Studiował na Politechnice Wrocławskiej elektronikę i telekomunikację. Zarządza projektami IT, relacjami z klientami oraz nadzoruje procesy rozwoju. Prywatnie zaangażowany w rodzinę, wsparcie różnych działalności charytatywnych i projekty ekstremalne.