Jeszcze ledwo odrastałem od stołu, a łyżka nigdy nie trafiała do gęby, tylko lądowała na ubraniach i podłodze, a już kochałem oglądać bajki. W sumie jest to domena młodego widza. Maluchy mogą bezceremonialnie pozwolić sobie na pakowanie się animacjami różnego typu i nikt się z nich nie naśmiewa. W końcu do nich są skierowanie. Wielorakość kolorów, tematyka ogólnorozwojowa. A nie… Chwila… Od jakiegoś czasu zauważam, że kierunek, w który idą współczesne animacje troszkę „zboczył” z prawidłowego toru.

W czasach, kiedy wycierałem kinola w rękaw, popularne były japońskie anime. Wszystko przez kanał Polonia 1, który uruchamiano na kilka godzin dziennie, bez opłat. Wtedy leciały takie tytuły jak „Yattaman„, „Kapitan Tsubasa„, „Gigi” i inne. Mówiło się, że bajki są deprawujące. W istocie nie były odpowiednie dla dzieci, ale jako szkrab większości z tych gorszących rzeczy nawet nie rozumiałem. Dzisiejsze animacje są o wiele bardziej deprawujące i o dziwo nikt nie zwraca na to uwagi. Nie dziwota, że bardzo pozytywnie się zaskoczyłem, kiedy dowiedziałem się, że serwis Netflix wpuszcza do swojej oferty jedną z najbardziej edukacyjnych i poznawczych bajek, jaką miałem przyjemność za smarka oglądać. Chodzi oczywiście o produkcję „Było sobie życie„.

Kiedy oglądam bajki, jakie dla dzisiejszego dziecka proponuje świat, utwierdzam się w przekonaniu, że jestem dinozaurem.

Mam wrażenie, że coś poszło nie tak, albo ja się starzeje. Bajki są ogłupiające, mało poznawcze, odmóżdżające, a czasami nawet patologiczne. Z uwagi na to, że internet jest już praktycznie wszędzie, ciężko jest monitorować, co współczesne dzieci biorą na warsztat. Siedząc w restauracjach, w ciągu dnia widzę maluchy, które rodzice zajmują, puszczając im jakiś dziwny twór na YouTube. Może jestem z poprzedniej epoki, ale nie jestem usatysfakcjonowany takimi produkcjami. Może dlatego, że wychowałem się na programach typu „Matplaneta„, „Szalone liczby„. Teraz, aby w gąszczu beznadziejnych „odmóżdżaczy„, znaleźć coś wartościowego, trzeba się natrudzić. Kiedyś, było to podane na wyciągnięcie ręki, w telewizji publicznej. W kwestii tego, czym teraz zajmuje się telewizja publiczna, nie chcę się wypowiadać, ale na pewno nie jest to edukowanie młodych ludzi. Niestety, później juniorzy trafiają choćby na YouTube, a jaka jest wartość merytoryczna filmów na tym serwisie, chyba wszyscy dobrze wiemy. Szczególnie w przypadku pato-kanałów, które o dziwo są bardzo lubiane wśród niepełnoletnich widzów. Netflix chyba jednak wziął się z problemem za bary.

Netflix trochę posmyrał mój sentyment i wypuścił do swojej oferty serial „Było sobie życie”.

Muszę przyznać, że był to tytuł, który zawsze przyciągał mnie przed ekran. Do dzisiaj pamiętam odcinek omawiający transport krwi w organizmie człowieka i małe, czerwone krwinki noszące uśmiechnięte bańki tlenu. Cała seria jest zrobiona profesjonalnie, ze smakiem i nie ma możliwości, aby nie skradła serca młodego człowieka. Oczywiście, młodzi czytelnicy zapewne nie znają tej produkcji, dlatego pozwolę sobie w kilku słowach przybliżyć, z czym mamy do czynienia.

było sobie życie, bajki, premiery,

„Było sobie życie” to animacja produkcji francuskiej.

Oprócz niej, w serii pojawiły się tej takie tytuły jak „Były sobie Ameryki„, czy „Był sobie kosmos„. W skrócie bajeczka w zabawny i przygotowany dla dzieci sposób opowiada o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu. Wszystko udekorowane jest niesamowicie przyjemnymi rysunkami. Zapewne to właśnie ta bajka sprawiła, że później grzecznie słuchałem w szkole na lekcjach Środowiska i Biologii. Wiele też pamiętałem z oglądania serialu i wracałem do niego nawet, jako młody człowiek. Jestem też przekonany, że nie tylko młodzi odbiorcy byli nim zafascynowani. Moi rodzice także uważali, że jest to świetna ekranizacja i przenosi bardzo dużo potrzebnej wiedzy, w łatwy i przyjemny sposób.

Staram się jednak nie budzić w swojej głowie wspomnień dotyczących wyglądu bajki.

Boje się, że jeżeli to zrobię, zniszczę sobie dzieciństwo. Przy dzisiejszej technologii, animacja z poprzedniego pokolenia może wydawać się co najmniej licha. Przecież nie o to tu chodzi. Seria ta ma edukować, a nie walić po oczach wodotryskami, jak robią to dzisiejsze produkcje dla młodych ludzi. Ilość efektów specjalnych sprawia, że dzieci widzą tylko grafikę, a nie przekaz i zasypiają z bólem głowy. Jestem bardzo zadowolony, że będę mógł swojemu synowi pokazać bajkę, którą oglądałem, będąc w jego wieku. Może w nim także obudzi smykałkę do nauki. Swoją drogą, nie pogardziłbym powrotem starych tytułów anime, jakie gościły kiedyś na Polonii 1. Nintendo robi karierę na nostalgii nerdów. Ostatnio w serwisie pojawiły się „Smerfy„, kilka miesięcy temu seria „Neon Genesis Evangelion„. Może warto byłoby pójść w tę stronę w kwestii produkcji filmowych/serialowych. Mam nadzieję, że w tej kwestii Netflix pozytywnie mnie zaskoczy. Przygarnę każdego starocia, jakiego odkopią z ruin kaset VHS — czy to będzie „Yattaman„, czy „Generał Daimos„, czy „Fantastyczny Świat Paula”. A wy, jaką starą bajkę obejrzelibyście najchętniej jeszcze raz?

„Było sobie życie” trafi do serwisu Netflix: 15 października 2019 roku.

PJ
Przemek jest mózgiem operacyjnym SpeedTest.pl. Studiował na Politechnice Wrocławskiej elektronikę i telekomunikację. Zarządza projektami IT, relacjami z klientami oraz nadzoruje procesy rozwoju. Prywatnie zaangażowany w rodzinę, wsparcie różnych działalności charytatywnych i projekty ekstremalne.